Migawki z lat sześćdziesiątych Drukuj
Oceny: / 0
KiepskiBardzo dobry 
Napisał: Jarosław Leszczełowski   
wtorek, 05 sierpień 2008
Fragmenty książki Rolfa Sawinskiego i Jarosława Leszczełowskiego „Od nazistowskiej twierdzy do polskich koszar”, która ukaże się 15 sierpnia 2008 roku. Książka będzie dostępna w księgarni internetowej www.aljar.abc24.pl od 12 sierpnia 2008 r. W sklepach na Pojezierzu Drawskim będzie ją można kupić od 18 sierpnia 2008 roku.


Migawki z lat sześćdziesiątych


Lata sześćdziesiąte
Służba w 7 dywizjonie artylerii rakietowej w Budowie i
Defilada w budowskich koszarach około 1964 roku. Zdjęcie udostępnione przez Andrzeja Mikołajca
Defilada w budowskich koszarach około 1964 roku. Zdjęcie udostępnione przez Andrzeja Mikołajca
Specyfikę służby w 7 dywizjonie artylerii rakietowej w latach sześćdziesiątych możemy poznać dzięki interesującej relacji st. chor. Krzysztofa Diufera, który służbę wojskową rozpoczął w Szkole Podoficerskiej Zwiadu Artyleryjskiego w Chełmie Lubelskim. Po ukończeniu szkolenia pan Krzysztof otrzymał stopień kaprala służby zasadniczej i został przydzielony do 7 dywizjonu artylerii rakietowej (7 dar) stacjonującego w Choszcznie. W czerwcu 1962 roku cały dywizjon przeniesiono do Budowa. Artylerzyści opuścili solidne przedwojenne koszary i znaleźli się w dość spartańsko urządzonych budowskich „olimpijkach”. Krzysztof Diufer jako podoficer mieszkał w dwuosobowym pokoju wraz z innym kapralem. Dywizjonem dowodził wtedy major Gajda, który był bardzo porządnym człowiekiem i starym frontowcem. Major prowadził narady i zajęcia w bardzo interesujący sposób, zawsze miał dobry humor, często dowcipkował. Żołnierze chętnie uczestniczyli w takich spotkaniach, wsłuchując się w słowa dowódcy. Któregoś dnia major Gajda otrzymał partyjne polecenie, żeby opowiedzieć o przyjaźni z NRD. Nie było to dla niego łatwe. Zrobił wtedy zbiórkę dywizjonu i najpierw mówił o braterstwie broni, lecz w podsumowaniu wygłosił niepoprawny politycznie pogląd, że nie wierzy w żadną przyjaźń polsko-niemiecką. Trzeba dodać, że rodzina majora została zabita w czasie wojny przez Niemców.

Dywizjon rakietowy był niewielką jednostką liczącą 70 oficerów, chorążych i podoficerów zawodowych oraz około 130 żołnierzy służby zasadniczej. Ci ostatni, żeby służyć w wojskach rakietowych, musieli się wykazać wykształceniem technicznym. Kadra i żołnierze byli zżyci ze sobą, panowała bardzo dobra atmosfera. Natomiast ogromnie uciążliwe były długotrwałe poligony. Zimowy trwał aż trzy miesiące, od stycznia do marca. Warunki na tym poligonie były ciężkie. Nie było wtedy takich namiotów, jak dziś (dwunastoosobowych), stosowano inne, zbliżone wielkością do namiotów cyrkowych. Ogrzewanie piecykami takiego obszernego wnętrza było bardzo trudne, a chyba nawet niemożliwe, jeśli w jednym, czterdziestoosobowym namiocie ustawiano zaledwie dwa piecyki. Żołnierze marzli.

 
Zdjęcie wykonane w 1965 roku. Na drugim planie oprócz olimpijek widać po prawej halę widowiskową, która spłonie w 1967 roku. Zdjęcie udostępnił M. Senecki
Zdjęcie wykonane w 1965 roku. Na drugim planie oprócz olimpijek widać po prawej halę widowiskową, która spłonie w 1967 roku. Zdjęcie udostępnił M. Senecki
Bardzo przyjemne były natomiast powroty z poligonu. Po rozładowaniu się z transportu kolejowego w Złocieńcu kolumna ruszała w kierunku Budowa. Tymczasem w pobliżu mostu na Drawie zbierały się już żony i dzieci z kwiatami. Kolumna zatrzymywała się i odbywało się wzruszające powitanie. W dzień po powrocie czyszczono sprzęt, a w najbliższą sobotę wieczorem organizowano wielką zabawę.
Letnie poligony trwały jeszcze dłużej. Święto 1 Maja zazwyczaj dywizjon spędzał w koszarach, a następnego dnia wyjeżdżał na bardzo długi letni poligon. Powrót następował dopiero 12 października, w ówczesne święto Ludowego Wojska Polskiego. Po powrocie z tak długotrwałych ćwiczeń jednostkę witał osobiście naczelnik powiatu. Żołnierze otrzymywali nawet jakieś nagrody. Całe lato artylerzyści ćwiczyli na poligonach w Drawsku, Żaganiu lub Toruniu, gdzie mogli strzelać z rakiet” .


[…]
1967
Wielki pożar
Pisząc książkę „Ostatnie stulecie Falkenburga” korzystałem z informacji zawartych w kronice Ochotniczej Straży Pożarnej w Złocieńcu. Niestety, jak się okazało, opis pożaru w Budowie w 1967 roku był obarczony licznymi błędami. Zajmując się historią Złocieńca, nie znalazłem czasu na ich zweryfikowanie. W ten sposób powtórzyłem w mojej książce fałszywe informacje o spalonych 60 czołgach i magazynie amunicji. Nic takiego jednak nie miało miejsca. Nie spłonął ani jeden czołg, a pożar objął jedynie „czworobok” (dawną komendanturę) i dzisiejszą halę sportową (dawną aulę).
Pożar wybuchł latem w 1967 roku. Pan Krzysztof Diufer pamięta, że właśnie wymieniano poszycie dachu „czworoboku” i stara trzcina leżała na ziemi, w pobliżu miejsca, gdzie żołnierze mieli zwyczaj palenia papierosów. Pożar wybuchł prawdopodobnie wskutek niefrasobliwego wyrzucania niedopałków przez okna. Pan Krzysztof mówi, że krążyła też inna wersja wyjaśniająca przyczyny kataklizmu, według której pożar rozpoczął się w jednym z magazynów w wyniku podpalenia. Pokryty trzciną dach palił się szybko i intensywnie. Jako pierwsza na miejsce dotarła Ochotnicza Straż Pożarna z Siemczyna, złożona z samych kobiet. Później pojawiły się złocienieckie jednostki. Pożar objął część „czworoboku” i halę widowiskową (dziś hala sportowa). Nieopodal znajdował się magazyn saperski, ale na szczęście tam płomienie nie dotarły .

 

Artylerzyści z dywizjonu artylerii haubic przed olimpijkami około 1967 roku. Zdjęcie udostępnione przez Antoniego Sarnowskiego
Artylerzyści z dywizjonu artylerii haubic przed olimpijkami około 1967 roku. Zdjęcie udostępnione przez Antoniego Sarnowskiego
Pożar za to objął budynek „czworoboku”, w którym stacjonował 68 pułk czołgów średnich. Służący w tej jednostce Stanisław Kowalski przedstawił bardzo precyzyjną relację z wydarzeń tamtego dramatycznego dnia. Alarm ogłoszony został po południu, kiedy kapitan Kowalski wypoczywał nad jeziorem:


„Lato było gorące i suche, więc pożar był bardzo gwałtowny. Gęsty dym widziałem już znad jeziora. Ponieważ byłem w ubraniu cywilnym, pobiegłem szybko do hotelu i ubrałem mundur polowy. Podczas przebierania się słyszałem już ryk czołgowych silników. To kierowcy szybko dotarli do swoich maszyn na placu sąsiadującym z „czworobokiem” i odprowadzali czołgi w bezpieczne miejsce. Żołnierze musieli działać błyskawicznie, gdyż paliła się już hala widowiskowa (dawna aula), która bezpośrednio graniczyła z parkiem wozów bojowych. Sytuacja była poważna, ponieważ znaczna cześć czołgów stała na konserwacji (gotowe do użycia w wypadku wojny) i wypełniona była amunicją bojową. W każdej kompanii na 15 czołgów tylko trzy były używane do ćwiczeń i nie miały załadowanej amunicji. Jeszcze większym zagrożeniem były zbiorniki paliwa i dwustulitrowe beczki z olejem napędowym przytroczone do czołgów. Niektóre plandeki przykrywające wozy bojowe już zaczęły się palić. Czołgi stały pod gołym niebem, przykryte jedynie tymi plandekami. Mechanicy-kierowcy byli odpowiedzialni za wyposażenie znajdujące się w czołgach, toteż dla zabezpieczenia przed kradzieżą zamykali włazy wozów na kłódki. Stanowiło to pewien problem, ponieważ kiedy wybuchł pożar, nie wszyscy mechanicy byli obecni. Niektórzy pełnili warty lub byli na przepustkach. Ich koledzy musieli rozbijać kłódki, tracąc cenny czas. Początkowo akcją zjeżdżania z placu nikt nie kierował i żołnierze działali całkowicie spontanicznie. Pomimo tego nie doszło do żadnego wypadku. Kilka czołgów zjechało w stronę jeziora Krosino po kamiennych schodach, niszcząc je częściowo. Zdecydowana większość zjeżdżała jednak w odwrotnym kierunku. Po opuszczeniu placu czołgi pogrupowały się kompaniami, wystawiono warty, a reszta żołnierzy ruszyła do „czworoboku”, żeby ratować wyposażenie izb żołnierskich i innych pomieszczeń. Okna były duże, więc wyrzucano przez nie łóżka, szafy, biurka i inne meble. Ewakuacja sprzętu przez drzwi przebiegałaby bardzo wolno, gdyż żołnierze blokowaliby się nawzajem. Sprawna akcja ograniczyła straty do minimum. Ewakuowano też kawiarnię dla żołnierzy. Każda kompania wynosiła swój sprzęt, a specjalne grupy żołnierzy realizowały ewakuację sztabu pułku.” .

Ta wspominana w relacji kawiarenka żołnierska nosiła nazwę „Pod Jeleniami”,  nawiązując tym mianem do posągów stojących przed sztabową częścią „czworoboku”. Obok kantyny były: biblioteka, świetlica i bilard.


Budynki czworoboku i nowej hali gimnastycznej. Ta ostatnia ma oryginalne przedwojenne mury, co można rozpoznać między innymi po okrągłych oknach na parterze. Fot. M. Leszczełowski
Budynki czworoboku i nowej hali gimnastycznej. Ta ostatnia ma oryginalne przedwojenne mury, co można rozpoznać między innymi po okrągłych oknach na parterze. Fot. M. Leszczełowski
Pan Stanisław potwierdza, że pożar wybuchł w trakcie prac nad wymianą poszycia dachu. Właśnie usuwano trzcinę, zastępując ją eternitem. Prawdopodobnie jeden z nadterminowych żołnierzy, tzw. „pięciolatków”, wyrzucił przez okno świetlicy niedopałek na ułożoną na ziemi trzcinę.  Stanisław Kowalski wspomina:


„Tak zwani „pięciolatkowie” zgłaszali się do wojska  na ochotnika, w wieku siedemnastu lat i pełnili służbę przez pięć lat. Na przykład do naszego pułku przychodzili na przeszkolenie siedemnastoletni mechanicy. W każdym razie po kilku latach jakiś podejrzany o spowodowanie pożaru były żołnierz brał udział w wizji lokalnej na terenie jednostki. Odbyła się też rozprawa sądowa. Sprawca ten został jednak ujęty dopiero kilka lat po pożarze. Z pewnością nie było to umyślne podpalenie, lecz skrajny brak odpowiedzialności. Miałem okazję zamienić kilka słów z podejrzanym o podpalenie, który nie był pewny, czy on sam spowodował pożar, gdyż w oknach świetlicy siedziało wtedy, paląc papierosy, również  kilku jego  kolegów” .

W miejscu, gdzie rozpoczął się pożar, mieszkali też żołnierze kompanii remontowej i plutonu rozpoznawczego. Mieli oni fatalny zwyczaj urządzania w trzcinowym dachu różnych skrytek, gdzie przechowywali amunicję i środki pozoracji pola walki. Robiły tak wszystkie roczniki przez kilka lat. Kiedy płomienie ogarnęły ten odcinek dachu, doszło do wielu eksplozji ukrytej amunicji, co dodatkowo utrudniało akcję gaśniczą. Te wybuchy wywołały też uzasadnione obawy strażaków. A przyjechało do Budowa ponad dwadzieścia jednostek pożarniczych, które długo nie mogły opanować żywiołu. Nieco stłumiony w jednym miejscu „czworoboku” ogień wybuchał nagle w innym. W końcu strażacy zerwali znaczny odcinek dachu, co powstrzymało dalsze rozprzestrzenianie się płomieni. W akcji gaśniczej uczestniczyli również żołnierze, którzy wchodzili na drabiny i polewali dach wodą. Jeden z nich spadł z drabiny i spędził kilka miesięcy w szpitalu, później otrzymał podobno medal za odwagę .
Jak widać, polscy strażacy stłumili pożar w podobny sposób, jak uczynili to Niemcy w 1944 roku. Zarówno Niemcom, jak i polskim żołnierzom udało się uratować wyposażenie pomieszczeń. Bardzo gwałtownie płonęła górna część „czworoboku”, lecz na jego dole możliwa była dobrze zorganizowana akcja wynoszenia  wyposażenia.
Unikatowe zdjęcie czworoboku przed pożarem w 1967 roku. Na pierwszym planie Alicja i Waldemar Juncewiczowie oraz Teresa Kowalczyk. Zdjęcie udostępniła Alicja Andrzejewska z domu Juncewicz
Unikatowe zdjęcie czworoboku przed pożarem w 1967 roku. Na pierwszym planie Alicja i Waldemar Juncewiczowie oraz Teresa Kowalczyk. Zdjęcie udostępniła Alicja Andrzejewska z domu Juncewicz
Pierwszą noc po pożarze żołnierze spędzili pod gołym niebem, co podczas upalnego lata nie było zbyt uciążliwe. Następnie dowieziono namioty i zorganizowano obozowisko, w którym żołnierze mieszkali do jesieni. Pożar dotknął głównie dachu, część pomieszczeń nie została zniszczona ani zdewastowana, dlatego też stosunkowo szybko żołnierze wprowadzili się z powrotem do „czworoboku”.
Szkoda, że podczas odbudowy skupiono się na funkcjonalności budynku, a zupełnie zaniedbano walory estetyczne. Spalone fragmenty zwieńczono brzydkim płaskim dachem, co zeszpeciło dawną komendanturę. Dziś łatwo rozpoznać, które partie gmachu  były objęte pożarem przed czterdziestu laty. Na szczęście północne, reprezentacyjne skrzydło „czworoboku” zachowało dawny układ i wygląd.

 


W podobny sposób postąpiono z pięknym budynkiem hali widowiskowej, gdzie strawioną przez płomienie drewnianą konstrukcję dachu zastąpiono betonowym stropem.
Oryginalne kamienne kolumny starej auli w murach nowej hali gimnastycznej. Fot. M. Leszczełowski
Oryginalne kamienne kolumny starej auli w murach nowej hali gimnastycznej. Fot. M. Leszczełowski
Dodatkowo dobudowano jeszcze jedno piętro zwieńczone brzydkim, pospolitym płaskim dachem. Przed pożarem hala widowiskowa wyposażona była w składane krzesełka i pełniła również rolę kina. Odbywały się tutaj różnorodne imprezy kulturalne i uroczystości. Po przebudowie budynek stał się typową salą sportową, zlikwidowano wtedy halę w dawnym domu wspólnoty (dziś stołówka). Typowego kina nie było już w jednostce, ale filmy wyświetlano nadal w nowej hali gimnastycznej.

 
[…]
1967
Kompania kleryków
Do prac związanych z usuwaniem skutków pożaru w 1967 roku skierowano do Budowa z Kołobrzegu kompanię kleryków, wśród których był późniejszy biskup polowy Wojska Polskiego Sławoj Leszek Głódź. Obozowisko dla około trzydziestu kleryków rozbito przed dawnym domem wspólnoty (dziś stołówka). Dowodzili nimi specjalnie dobrani i przygotowani ideologicznie oficerowie, których zadaniem było odwiedzenie ich z wybranej drogi. Pobór do wojska studentów seminariów duchownych wprowadził Gomułka w 1959 roku. W latach sześćdziesiątych doszło do ostrego starcia komunistycznych władz z Kościołem na tle przygotowań do obchodów Milenium Państwa Polskiego. Kościół organizował w Gnieźnie konkurencyjne obchody Tysiąclecia Chrztu Polski, co wywoływało nerwowe reakcje władz PZPR. Po zakończeniu służby przez alumna oficer polityczny przygotowywał specjalną opinię, zakończoną prognozą, co do ewentualnego wystąpienia z seminarium.  Ta próba odciągania kleryków od Kościoła zakończyła się całkowitym fiaskiem. Co ciekawe, z tej formy nękania Kościoła zrezygnowano dopiero w 1980 roku.


1968
Pułk artylerii
105 dywizjon artylerii haubic zostaje przekształcony w 36 pułk artylerii mieszanej. Sztab pułku znajdował się w dawnym domu gościnnym, a żołnierze kwaterowali w olimpijkach.


1968
Wspomnienia rezerwisty
Kadra 68 pułku czołgów średnich. Kamienny amfiteatr placu uroczystości w latach sześćdziesiątych. Zdjęcie udostępnione przez Z. Stefańskiego
Kadra 68 pułku czołgów średnich. Kamienny amfiteatr placu uroczystości w latach sześćdziesiątych. Zdjęcie udostępnione przez Z. Stefańskiego
Pan Aleksander Lezler ze Złocieńca wspomina, że w 1968 roku został powołany na dwumiesięczne ćwiczenia dla żołnierzy rezerwy do Jednostki Wojskowej 1013, czyli do pułku czołgów. Najbardziej spektakularnym wydarzeniem tego szkolenia było praktyczne ćwiczenie przeprawy przez Piławę w Nadarzycach. Żeby dotrzeć w to miejsce, trzeba było przejechać przez poligon w Bornem Sulinowie, którym zarządzali Rosjanie. Pan Aleksander ze zdziwieniem skonstatował, że polska jednostka mogła przejechać przez ten poligon tylko pod eskortą czerwonoarmistów.

Był to niespokojny okres, kiedy wojska Układu Warszawskiego wkroczyły do Czechosłowacji. W jednostce nie zdarzyło się jednak nic szczególnego z tego powodu, choć wprowadzono podwyższony stan gotowości bojowej i odbywały się polityczne pogadanki z żołnierzami. Było to nawet dość zabawne, ponieważ oficer, który prowadził takie spotkanie z rezerwistami na wolnym powietrzu, ustawił się pod wiatr i odczytywał jakąś informację. Rezerwiści jednak niczego nie słyszeli. Na koniec zapytał, czy są pytania. Ktoś odpowiedział, że pytań jest dużo, bo zupełnie nic nie było słychać. Powtórzono więc całą pogadankę, tym razem w świetlicy.


 
Defilada w 1968 roku. Zdjęcie udostępnione przez M. Seneckiego
Defilada w 1968 roku. Zdjęcie udostępnione przez M. Seneckiego
Aleksander Lezler pamięta, że po skończonych ćwiczeniach przez dwa lata musiał przechowywać w domu mundur, gdyż regularnie był wzywany na jednodniowe ćwiczenia do Budowa. Zdarzało się, że w niedzielę szykował już wędki, a tu niespodziewanie do drzwi pukał łącznik z rozkazem natychmiastowego stawienia się w jednostce. Podczas tego rodzaju ćwiczeń rezerwiści najczęściej nudzili się i grali w brydża. Szkolenie było raczej pozorowane, doświadczona kadra wypychała do prowadzenia tego typu zajęć najmłodszego oficera. Najzabawniejsze były próby prowadzenia zajęć politycznych, co kończyło się z reguły opowiadaniem kawałów o takiej tematyce.




[1] Relacja st. chor. Krzysztofa Diufera, archiwum autora.

[1] Tamże.

[1] Relacja pana Krzysztofa Diufera, archiwum autora.

[1] Relacja pana Stanisława Kowalskiego, archiwum autora.

[1] Tamże.

[1] Tamże.

 

Czytań: 328
Trackback(0)
Komentarze (0)add
Napisz Komentarz
quote
bold
italicize
underline
strike
url
image
quote
quote
smile
wink
laugh
grin
angry
sad
shocked
cool
tongue
kiss
cry
smaller | bigger

busy
Zmieniony ( wtorek, 05 sierpień 2008 )
 
dalej »

DRAWSKIE STRONY INTERNETOWE