 Witold Reiner - Człowiek godny wspomnień Zapraszamy do przeczytania poniższego
artykułu o, a raczej wspomnień córki Hanny Sidorowicz o jej
ojcu Witoldzie Reinerze napisanego w grudniu1996, publikowanego w 4
wydaniu Gazety Drawskiej.
Dlaczego dziś, po tylu latach
prezentujemy właśnie ten artykuł?
Wszystko za sprawą Apate, użytkownika
Drawskiego Forum, który dodając kilka starych zdjęć z
rodzinnego albumu zapoczątkował dyskusję. W jej toku pojawiła się
sylwetka Witolda Reinera społecznika, organizatora drawskiej służby
zdrowia.
Dlatego też poprosiliśmy panią
Hannę Sidorowicz o możliwość opublikowania jej wspomnień jeszcze
raz Zapraszamy na forum - kliknij tu.
Człowiek godny wspomnień (grudzień 1996)
Poproszono
mnie o napisanie wspomnień o Ojcu. Okazało się to bardzo trudne. W
12 lat po Jego śmierci grzebanie w Jego dokumentach, zdjęciach i
pamiątkach jest nadal bardzo bolesne i mam wrażenie, że zakłócam
jego prywatność.
Kim był mój Tata? Zgodnie z metryką
urodził się 24.10.1910 r. w Bereźnie powiat Kostopol na Wołyniu
ale naprawdę jest to jedynie rodzinna miejscowość Reinerów,
a Tato urodził się 4.10.1910 r. w Warszawie. Kilka lat wcześniej
Dziadek-Maksymilian wykupiony przez rodzinę z celi śmierci w X
Pawilonie, przedostał się wraz z żoną Adelą do Szwajcarii ale
nie chcieli, by ich syn urodził się na obczyźnie, jako obywatel
obcego państwa. Na czas połogu Babcia wróciła do Warszawy.
Musiała się ukrywać. Ta sama historia powtórzyła się przy
narodzinach drugiego syna - Stefana1). Na dobre rodzina wróciła
już do niepodległego kraju. Dziadek - prawnik został burmistrzem
Otwocka, Babcia - nauczycielką biologii. A Tato? - szkoła
gimnazjalna w Otwocku, potem studia medyczne w Warszawie, staż jako
lekarz domowy u Radziwiłłów2), praca w szpitalu
przeciwgruźliczym w Otwocku.
Wybuch wojny. Konspiracja.
Śmierć brata w Oświęcimiu, rozstrzelanie ojca w Wawrze. Ukrywa
się pod nazwiskiem Tadeusz Wiśniewski w okolicach Warszawy, wtedy
poznaje małżeństwo Czesława i Irenę Bętkowskich i ich córkę.
Resztę życia spędzą już razem począwszy od obozu pracy w Nowym
Dworze Mazowieckim, poprzez ucieczkę w styczniu 1945 r. i przyjazd
na "ziemie odzyskane".
Pod koniec 1945 r. zostaje
powołany do wojska i wraz z II Armią LWP dociera ze szpitalem
polowym dla gruźlików do Bydgoszczy. Jest jedynym lekarzem
Polakiem (!) w jednostce LWP. Zdemobilizowany w 1946 roku dołącza
do rodziny Bętkowskich w Drawsku. ?eni się ze swoją "wojenną
miłością", moją Mamą i rzuca się w wir pracy. Jest tu
pierwszym lekarzem. Organizuje drawską służbę zdrowia i prowadzi
szpital w Kańsku. Początkowo ośrodek zdrowia mieści się w
dzisiejszej Lecznicy Zwierząt. Po Opuszczeniu Drawska przez Rosjan
przenosi Ośrodek do budynku przy ul. Staszica 13. Organizuje
Poradnię Chorób Płuc i Przeciwgruźliczą. Przez całe
życie Ojciec miał dwie pasje: medycyna i motoryzacja. Mogę śmiało
powiedzieć, ze medycyna była dla Taty nie tylko wyuczonym zawodem,
ale właśnie wielką pasja i powołaniem. Dopóki zdrowie Mu
pozwalało, wiele czasu poświęcał sportowi samochodowemu. Brał
udział w Rajdach Polski, organizował rajdy samochodowe i
motocyklowe na Pomorzu, był sędzią zawodów gokartowych,
rajdów motocyklowych, jednym z założycieli Automobilklubu w
Koszalinie, prowadził kursy na prawo jazdy. Przez kilka lat był
chyba jedynym w Polsce lekarzem-kierownikiem Pow. Wydziału
Komunikacji. Kiedy ze względu na stan zdrowia nie mógł
już czynnie uprawiać sportu samochodowego, został biegłym
sądowym d/s wypadków drogowych.
Wieloletni radny, jak
sam mówił o sobie "prezes bezpartyjnych", i ławnik.
W latach sześćdziesiątych i początkach siedemdziesiątych działał
w 17 różnych organizacjach społecznych i stowarzyszeniach.
Działał (!), nie był figurantem. A przecież przez te wszystkie
lata był poważnie chory. Wreszcie organizm nie wytrzymał w 1974
r. w trakcie pracy w komisji d/s bezpieczeństwa drogowego, dopadł
go zawał. Następne 10 lat to walka o przedłużenie życia i praca,
praca, praca...
A jakim był człowiekiem, mężem, ojcem,
dziadkiem? Zawsze uczciwy, opanowany, zadbany, zorganizowany,
stanowczy, bardzo uczuciowy, z ogromnym poczuciem humoru-prawdziwy
gentlemen. Jego dewizą było: "postępuj ZAWSZE tak (bez
względu na okoliczności), żeby być w zgodzie ze swoim sumieniem".
A było to sumienie bardzo wymagające i bezkompromisowe.
W
stosunku do swoich bliskich był bardzo wymagający, natomiast
pobłażliwy dla błędów i słabości ludzi obcych. Prawy i
sprawiedliwy. Nigdy nie słyszałam, żeby podniósł głos,
czy żeby przeklinał. Nie uznawał przemocy. Stosowanie kar
cielesnych wobec dzieci uznawał za porażkę wychowawczą rodziców,
poza tym uważał, ze nikt nie ma prawa poniżać w ten sposób
i deptać godności innego człowieka. Był oparciem dla rodziny i
przyjaciół. Odszedł. Zostały dyplomy, odznaczenia, ulica
nazwana Jego imieniem i pamięć, moje wspomnienia szczęśliwego
domu rodzinnego i ból, który wcale nie maleje wraz z
upływem lat.
Hanna Sidorowicz (z domu Reiner) ("Gazeta
Drawska" nr 4; grudzień 1996 r.; str. 5)
|