Zabójstwo oraz szalony arystokrata w Suliszewie Wyróżniony

Kłusownicy Kłusownicy

Mroźny świt 25 stycznia 1920 r. nikogo nie zachęcał do opuszczania domostw, nawet tych słabo ogrzewanych z powodu powojennych niedostatków. Smutek i bieda gościły w Drawsku Pomorskim już od wielu długich lat. Wojna, która miała przynieść szybki triumf niezwyciężonej armii cesarskiej, trwała bardzo długo i zakończyła się klęską. Setki młodych mieszkańców miasteczka straciło życie na dalekich frontach, a ich krewni w bezsilnej rozpaczy wylewali morze łez. Upokorzenie, brak pracy i niepewność jutra stały się codziennością mieszkańców. Był to, niestety, dobry czas dla demagogów, obiecujących zgnębionym ludziom prawdziwie świetlaną przyszłość, gdy tylko podejmą wysiłek i obalą zmurszały stary porządek. Demagogiczne hasła trafiały na podatny grunt i całe Niemcy wrzały. W niewielkim pomorskim miasteczku nic może nie zapowiadało rewolucji, ale dawne normy społeczne straciły wyraźnie na swym znaczeniu. Upadek autorytetu władzy zachęcał do łamania prawa, zwłaszcza wtedy, gdy praktycznie nie było legalnej drogi zdobywania środków na utrzymanie rodziny. Policjanci patrzyli przez palce na drobne przestępstwa popełniane przez zdeterminowanych ojców cierpiących głód dzieci.  

Było jeszcze zupełnie ciemno, gdy kilku mężczyzn zebrało się przy wylocie szosy złocienieckiej. Zachowywali się cicho, a ich obecność zdradzały tylko ogniki pośpiesznie palonych papierosów. W końcu stłumiona rozmowa urywa się, a kilka niedopałków papierosów upada niemal jednocześnie na ośnieżoną drogę. Krótki żywot ogników kończą podeszwy sfatygowanych ciężkich wojskowych buciorów. W karnym szeregu mężczyźni ruszyli dziarskim krokiem w kierunku Suliszewa. Było ich pięciu, czterech starszych, którzy jeszcze dwa lata temu karmili wszy w okopach i siedemnastoletni młodzik. Dwóch dźwigało wojskowe karabiny, a reszta wyposażona był w inne kłusownicze akcesoria. Nie była to ich pierwsza wyprawa do lasów pełnych dzikiej zwierzyny. Pomorskie bory należały w znacznej części do bogatych ziemian, co jednak nie przeszkadzało mężczyznom. Kłusowniczy proceder pozwalał im utrzymywać swoje rodziny, gdyż chętnych na zakup doskonałego mięsa za dobrą cenę było aż nadto. „Szlachetni panowie opływają w dostatki, a zwierzynę stworzył Pan Bóg i wszyscy mamy do niej równe prawo” – myślało wielu. Kłusownicy zachowywali ostrożność, chociaż zaopatrywali w dziczyznę wielu prominentnych obywateli Drawska Pomorskiego, co mogło okazać się pomocne w przypadku kłopotów z policją. Ta ostatnia miała jednak wiele ważniejszych problemów. Jedyne zagrożenie stanowili właściciele majątku ziemskiego, dysponujący liczną rzeszą służby i którzy z pewnością nie będą spokojnie patrzeć na działania intruzów w ich posiadłości. Po przejściu kilku kilometrów mężczyźni doszli skraj wsi a następnie skręcili w kierunku Gudowa. Wciąż panował półmrok, a wiejący od wschodu wiatr szczęśliwie zapobiegł ujadaniu wiejskich kundli. Po minięciu torów kolejowych dotarli wreszcie do lasu należącego do majątku ziemskiego w Suliszewie. Zeszli teraz z bitej drogi i wędrując dalej ścieżkami znanymi tylko zwierzynie i zaprawionym kłusownikom, dotarli do leśnej drogi prowadzącej do pałacu w Suliszewie. Frotowe doświadczenie nakazywało drawszczanom ubezpieczyć się z tego kierunku. Starannie wybrali miejsce, skąd można było obserwować kilkusetmetrowy odcinek leśnej drogi. Ktoś wcisnął siedemnastolatkowi karabin w ręce i rozkazał: „Stój tu i pilnuj!”…

Bernd von Knebel-Doeberitz lubił swe codzienne poranne spacery i z zadziwiającą konsekwencją zrywał się wcześnie, żeby zacząć nowy dzień od forsownego marszu. Świeży śnieg bajecznie przystroił całą okolicę. U boku swego pana radośnie harcował wierny pies.                 

Po śmierci ojca Bernda - Ludwika von Knebel Doeberitz jego żona Helena podjęła wielki trud wychowania trzech synów. Bernd był najstarszy i od dziecka wykazywał uzdolnienia muzyczne. Chciał zostać pianistą. Jednak plany te pozostały w sferze marzeń, gdyż rada rodzinna zdecydowała, że będzie studiował rolnictwo i prawo, gdyż to on miał odziedziczyć majątek w Suliszewie wraz z folwarkiem w Zagórkach. W przeciwieństwie do większości niemieckich junkrów Bernd nie lubił polować, więc do lasu udawał się tylko w towarzystwie swego psa, nie będąc uzbrojony w strzelbę. Tak było i tym razem.

Pies wypłoszył stado saren z zarośli, które pomknęły długimi skokami przez ośnieżone pola. Krótki okrzyk właściciela powstrzymał wyżła przed pogonią. Bernd długo patrzył w zamyśleniu na stadko smukłych zwierząt prowadzonych przez dorodnego koziołka. W trudnych czasach przyszło mu przejmować rodzinny majątek. Te spacery pozwalały mu nieco zapomnieć o codziennych troskach: zadłużeniu, bankach, strajkach robotników rolnych… Minął wreszcie tor kolejowy i wolnym krokiem wchodził coraz głębiej w przyjazne ostępy rodzinnego boru, który znał od dzieciństwa. Czuł spokój, będąc odciętym leśnym gąszczem od ludzkich trosk i konfliktów. 

Z zamyślenia wyrwało go ostrzegawcze i groźne warknięcie psa. Bernd dostrzegł jakiś nieokreślony ruch kilkaset metrów przed nim. Zanim uświadomił sobie, że przy drodze stoi uzbrojony człowiek, usłyszał huk wystrzału i poczuł silne uderzenie. Silniejsze od bólu było ogarniające go przerażenie. Instynktownie zawrócił w kierunku rodzinnego domu. Z każdym krokiem był jednak coraz słabszy. „Jeszcze trochę… zaraz zobaczę park i pałac…” – myślał. Coś uciskało go w okolicach szyi i uniemożliwiało wołanie o pomoc. „Czy to już pałac?… skąd wzięła się ta góra?… Jezu Chry… ”. Ośnieżony nasyp kolejowy był ostatnią rzeczą, którą widział dwudziestosiedmioletni Bernd von Knebel Doeberitz zanim na zawsze ogarnęły go ciemności.

Pałac w Suliszewie według litografii Dunckera

Tragiczna śmierć Bernda miała poważne konsekwencje dla majątku ziemskiego w Suliszewie, ale o tym opowiem nieco później. Okoliczności zabójstwa młodego dziedzica wymagają jeszcze nieco szerszego omówienia, gdyż jest tu wiele niejasności.

Według wspomnieniowej książki bratanicy Bernda – Waldtraut Heleny Treilles jej stryj miał zaskoczyć kłusownika podczas ustawiania sideł. Ten obawiając się, że właściciel majątku go rozpozna, strzelił zabijając Bernda na miejscu. Wierny pies miał pobiec do odległego 10 kilometrów Suliszewa i położyć się u stóp matki Berda - Heleny, żałośnie wyjąc (i).  Waldtraut znała to wydarzenie jedynie z relacji swoich rodziców i w jej opisie jest wiele pomyłek. Bernd dotarł z pewnością do nasypu kolejowego i tam go odnaleziono go martwego. Do 1945 r. znajdował się w tym miejscu niewielki pomnik poświęcony tej tragedii. Inne wątpliwości dotyczą strzału, który zabił właściciela majątku ziemskiego.

Kamień upamiętniający śmierć Bernda.

Sięgnijmy do monografii rodzinnej autorstwa Hansa Watjena, w której opisano tragiczną śmierć Bernda. Możemy dowiedzieć się, że w suliszewskim lesie buszowała zorganizowana banda kłusownicza z Drawska, która wystawiła na leśnej drodze dwuosobowy posterunek. Kiedy siedemnastoletni kłusownik ujrzał z odległości 300 metrów nadchodzącego „myśliwego z psem”, oddał strzał z wojskowego karabinu, żeby odstraszyć nadchodzącego mężczyznę. Jednak pech chciał, że pocisk odbił się od grubej bukowej gałęzi i trafił Bernda w gardło. Ranny przeszedł około 200 metrów i umarł przed nasypem kolejowym. Podobnie jak w opisanej wcześniej wersji wydarzeń spóźnioną pomoc z pałacu sprowadził wierny pies Blitz (Błyskawica). Ten opis tragedii powstał na podstawie zeznań kłusowników w drawskim sądzie grodzkim. Miał to być więc nieszczęśliwy wypadek, gdyż kłusownik nie mierzył do nadchodzącego Bernda, a strzelał jedynie na postrach.

Pochodzący z grobowca herb rodziny von Knebel-Doeberitz stoi dziś przed pałacem-szkołą. Znajdujący się w parku grobowiec został zdewastowany w latach siedemdziesiątych XX w.

Najmłodszy brat Bernda – Hasso w swych niepublikowanych wspomnieniach (kopia w posiadaniu autora) powątpiewa w prawdziwość powyższych faktów. Jego zdaniem kłusownicy zanim zostali aresztowani mieli czas, żeby uzgodnić swe zeznania. Za śmiertelny strzał uczynili odpowiedzialnym siedemnastolatka, gdyż sąd musiał go siłą rzeczy potraktować łagodniej. Według Hassona strzelano bezpośrednio do Bernda, a precyzyjne trafienie w szyję z trzystu metrów wskazuje raczej na doświadczonego strzelca niż na młokosa. Rzeczywiście sąd skazał chłopca tylko na dość krótką karę aresztu domowego. Rozgoryczony Hasso von Knebel-Doeberitz sugerował nawet, że mięso od kłusowników kupowała prowadząca rozprawę sędzina, co miało wpłynąć na ten skandalicznie łagodny wyrok. 

Trudno dziś ocenić jaka była prawda, w każdym razie bezpośrednimi świadkami byli jedynie kłusownicy i to ich wersję wydarzeń musiał przyjąć sąd. Proceder kłusownictwa musiał być też wcześniej znany policji, która przecież bardzo szybko schwytała winnych. Policjanci z pewnością wiedzieli wcześniej, kto kłusuje i sprzedaje dziczyznę.

Śmierć Bernda – doktora praw, który sprawnie zarządzał majątkiem ziemskim, okazała się stratą nie do powetowania. Młodszy brat Gerd von Knebel-Doeberitz był ulepiony z innej gliny i uchodził za czarną owcę w rodzinie. Był osobą niefrasobliwą, prowadzącą hulaszczy tryb życia. W młodości był częstym gościem w kasynach gry, a nawet w domach uciech. Jego osobiste długi rosły gwałtownie aż do dnia, kiedy wezwano go przed oblicze surowej rady rodzinnej. Długi zostały spłacone, pod warunkiem wyjazdu młodzieńca do Niemieckiej Afryki Wschodniej (Tanzania), gdzie podjąć miał służbę wojskową. Tak też się stało… 

Gerd brał udział w walkach z Anglikami w oddziałach wybitnego niemieckiego dowódcy Paula von Lettow-Vorbecka(ii). Jego awanturniczy charakter podobno dobrze sprawdzał się w warunkach wojennych. Gerd był dzielnym oficerem. Niemcy ostatecznie poniosły klęskę a młody von Knebel-Doeberitz spędził pewien czas w brytyjskiej niewoli.  

Cesarskie wojska kolonialne w Afryce

Zasługi wojenne wpłynęły na decyzję rady rodzinnej o powierzeniu weteranowi majątku w Suliszewie po tragicznej śmierci jego starszego brata. Niestety, była to fatalna decyzja. Wojna w Afryce nie zmieniła szalonej natury młodego arystokraty. Po powrocie z wojny Gerd poślubił młodą grafinię pochodzącą z krajów bałtyckich. Małżonka była osobą inteligentną i robiła wiele, żeby dobre cechy mężowskiego charakteru wyszły na pierwszy plan. Niestety, z miernym efektem. W 1928 r. doszło do rozwodu.

Gerd w pogoni za bogactwem podejmował zupełnie nieracjonalne i dziwaczne przedsięwzięcia, a jako doradców wybierał sobie zwykłych hochsztaplerów. Jeden z nich podający się za astrologa przepowiedział ziemianinowi, że wydobycie torfu przyniesie mu wielkie bogactwo, ale tylko wtedy, kiedy surowiec ten będzie wydobywany i transportowany podczas pełni księżycowej (!). W tym celu olbrzymim nakładem środków Gerd wybudował nawet kolejkę wąskotorową do transportu torfu. Jak można było przypuszczać, z interesu nic nie wyszło, a torfu nikt nie chciał kupować niezależnie od tego, kiedy był wydobywany (iii). Tymczasem ogromne kredyty trzeba było spłacać. Innym razem Gerd zakupił na aukcji w Londynie siwego konia, który miał należeć do wyjątkowej rasy. Wydał na to ogromną sumę. Kiedy cudowne zwierzę przybyło do Suliszewa okazało się, że jest chore i w dodatku jest kiepskiej krwi. Gerd znowu padł ofiarą oszustów. Nie zniechęciło go to jednak do dalszych działań. Zainwestował znaczne sumy w hodowlę koni, co ostatecznie doprowadziło do upadku majątku ziemskiego w Suliszewie. Po licytacji majątek zakupił doktor Sinnhuber, który pochodził z Berlina, gdzie prowadził duży interes wędliniarski.

Pocztówka z pałacem w Suliszewie podpisana przez Helenę von Knebel-Doeberitz, matkę Bernda, Gerda i Hassona.

Rodzina Von Knebel-Doeberitz traktowała losy Gerda i jego suliszewskich włości jako temat tabu. Waldtraut Helene Treilles twierdzi, że obowiązywała zasada: „O kuzynie Gerdzie nie mówi się niczego”. Tej zasady trzymał się również autor rodzinnej monografii, który wspomniał jedynie oględnie o nietrafionych inwestycjach.

Pamiątką po dawnych właścicielach jest dziś pałac, wykorzystywany jako szkoła podstawowa oraz zniszczony w latach siedemdziesiątych XX wieku grobowiec rodzinny w parku. Niestety, nie uszanowano miejsca pochówku von Knebel-Doeberitzów. Ruiny grobowca, ktoś potraktował jak śmietnik. Kiedy kilka lat temu odwiedzałem to miejsce tablice nagrobne leżały wśród góry śmieci. Miejsce spoczynku właścicieli majątku robi ponure i smutne wrażenie.      

Pozostałości grobowca w Suliszewie. Tablica nagrobkowa Ludwika i Heleny von Knebel-Doberitz leży wśród śmieci.

Duże wrażenie robią budynki gospodarcze majątku w Suliszewie. Piękna, częściowo niestety spalona, stajnia zbudowana z czerwonej cegły i kamieni piaskowca kontrastuje wspaniale z dywanem intensywnie zielonych łopianów. Nie ma tu już koni, a otoczenie robi raczej przygnębiające wrażenia. Złote czasu folwarku minęły bezpowrotnie.

  • i   W. H. Treilles, Das Leben ist ein Chamaeleon. Vom Schloss im Schnee zum Palmenstrand, Magdeburg 2009, s. 28-29.
  • ii  Tamże, s. 29-30.
  • iii  Tamże, s. 29-30.

 

Powrót na górę

Moje konto

Polecane

Wiadomości

Styl życia

Więcej